Projekty

Zastanawialiśmy się, czy rowerem da się dojechać… w przeszłość

“[…] Podczas gdy Juan przyrządzał nam czarną jak smoła i słodką jak karmel kawę, my oglądaliśmy jego albumy. Kilkanaście fotografii zabrało nas w podróż do Gdyni z lat 70-tych. Rozmawialiśmy o Polsce i Kubie po polsku, co zdarzyło się nam nie tylko ten jeden raz. […]” – wymarzoną i jak się później okazało, wieloletnią podróż przez Amerykę Łacińską rozpoczęliśmy na Kubie – skoncentrowani na przyszłości, dotarliśmy jednak w przeszłość.

Dodaj komentarz

Myśleliśmy niedługo, bo zaledwie kilka godzin zanim zdecydowaliśmy się kupić znalezione na promocji bilety na drugą stronę świata. Znaliśmy się w tamtym momencie zaledwie dwa miesiące. Tomek, który niedawno wrócił ze swojej podróży autostopem z Warszawy do Indii, miał, rzecz jasna, ochotę na więcej i postawił na swoim (ten typ tak ma). Namówił mnie, młodego słoika z Bielska-Białej, na wyjazd do świata Latynosów bez daty powrotu.

W ciągu następnych dziesięciu miesięcy skończyliśmy studia, Tomek doskonalił swoje umiejętności wspinaczkowe w Grecji, ja odbyłam staż w Ministerstwie Spraw Zagranicznych i wyjechaliśmy, jak na krótkookresowych gastarbeiterów przystało, do Wielkiej Brytanii. No i udało się – w ciągu sześciu miesięcy zarobiliśmy na dwa i pół roku życia w Ameryce Łacińskiej… i to jakiego życia!

Niezaprzeczalnie ruszyliśmy w swoją przyszłość, pomimo tego, że wyjazd zapoczątkowaliśmy drogą w przeszłość, bo na historycznej, komunistycznej Kubie. Był z nami namiot, kuchenka, rowery, aparat i reszta, ograniczonych do granic możliwości kilogramów. A, zapomniałabym o świetnym humorze (nie często wyjeżdża się z deszczowej Anglii po ciężkiej pracy prosto do raju i to bezterminowo) oraz znajomości hiszpańskiego, które, gdy występują łącznie, gwarantują świetne wspomnienia. A tych było niemało; niezapomniany przejazd rowerem z lotniska do miasta Matanzas, wschody i zachody słońca na plażach Cayo Giullermo i Cayo Jutias, przejazd drogami pełnymi krabów w Zatoce Świń, wieczorne spacery w zabytkowych Trynidad i Sancti Spiritus, nocleg wśród krokodyli, pomyślnie zakończona ucieczka przed dzikimi krowami w buszu, poznawanie miejskiego życia w Santa Clara i Camaguey, smak lodów na Maleconie, gęstego batido ze świeżych owoców i jakże specyficznego dla nas w smaku (ponoć z powodu innego gatunku mięty), a typowego dla Kuby, mojito.

To, co zastaliśmy na wyspie mocno przewyższało opowieści naszych dziadków i babć o czasach PRL i informacje zaciągnięte z przeczytanych pośpiesznie przewodników. Krajobraz wypełniony po brzegi sloganami partii, drzewami palmowymi, monumentalnymi budynkami w ruinie oraz starymi kadilakami smakował cygarami, rumem i sokiem z agawy. W państwie, w którym popyt na produkty w sklepach dramatycznie przewyższa podaż, ludzie poruszają się w rytm salsy bardziej, aniżeli pod dyktando komunistycznej partii Raula Castro. Mimo to nadal, noclegi pod namiotem na plażach oraz jedzenie wołowiny przez Kubańczyków są na wyspie surowe karane.

Mimo iż, Che i Fidel mieli nas nieustannie na oku, udało nam się posłuchać co Kubańczycy myślą o świecie, swoim ustroju oraz o Polsce. Ku naszemu zdziwieniu, wielu Cubanos znało nie tylko naszą historię (co z tego, że nieco wypaczoną), Fiata 126p, ale również język. Podczas pierwszej przechadzki po Hawanie zostaliśmy zaproszeni do mieszkania miejscowego nauczyciela akademickiego. Na porośniętych grzybem ścianach małego lokum wisiały trzy dyplomy akademickie ze zdjęciem gospodarza, a wokół nas krzątały się zadowolone wizytą dzieci (jedno z nich ciężko chore). Podczas gdy Juan przyrządzał nam czarną jak smoła i słodką jak karmel kawę, my oglądaliśmy jego albumy. Kilkanaście fotografii zabrało nas w podróż do Gdyni z lat 70-tych. Rozmawialiśmy o Polsce i Kubie po polsku, co zdarzyło się nam nie tylko ten jeden raz. Kubańczycy szczególnie zaciekawieni są transformacją ustrojową, która przyniosła, jak im wiadomo, negatywne zmiany socjoekonomiczne. W podobny sposób ocenia się poczynania prezydenta Wałęsy. Żądni informacji z Zachodu, pytają jak to było, co się zmieniło, jak żyje się w Polsce postkomunistycznej – oczywiście tylko wtedy, gdy nikt nie słyszy.

Rowerowy przejazd przez Kubę to nie tylko realizacja naszych śmiałych marzeń i zmierzenie się z zasłyszaną prawdą, ale także początek pięknego etapu w naszym życiu, który trwa po dziś dzień. Artykuł ten piszę dla Państwa z Wietnamu, gdzie razem z Tomkiem pracujemy zdalnie (jako międzynarodowy zespół nomaddict.org i alternatywa dla biur podróży, planujemy samodzielne, spersonalizowane podróże), rozwijamy naszą fundację Terra Integral i podróżujemy rowerami. Żyjemy tak, jak lubimy najbardziej i tego też życzymy wszystkim na Nowy Rok 2017 i każdy następny.

Aż huczy, że jeżeli jechać na Kubę, to teraz. Tych, co nie mają możliwości odwiedzenia kraju w najbliższym czasie, pragnę pocieszyć, iż rowerem dociera się “w przeszłość” niezależnie od terminu podróży – wystarczy tylko chcieć i raz na jakiś czas zboczyć z trasy.
 

Więcej o projekcie dowiecie się na stronach: Nomaddict | FB | Instagram

Fotografie © Nomaddict

Monika Lewicka
Współzałożycielka projektu nomaddict.org

Poleć innym