Muzyka

Czy Moniuszkę da się lubić?

Tradycja dziewiętnastowieczna kreśli archetypiczny portret kompozytora: demoniczny dandys, sentymentalny neurotyk przez całe swoje, przeważnie krótkie życie nieustabilizowany i nieszczęśliwie zakochany, ale znajdujący pocieszenie w licznych flirtach i przelotnych romansach. Stanisław Moniuszko to zupełne zaprzeczenie takich wyobrażeń. Stateczny o jowialnej prezencji, utykający, w okularach krótkowidza, obarczony liczną rodziną, przedwcześnie postarzały. Choć talentem swoim daleki talentowi Chopina, a poza granicami Polski prawie w ogóle nie wykonywany, Moniuszko nie pozostawił nas Polaków bez tego, co we współczesnej jemu Europie jawiło się muzycznym punktem honoru – Opery Narodowej.

Dodaj komentarz

„Nie należałem ja wcale do dzieci cudownych”

Ojciec Polskiej Opery Narodowej przyszedł na świat w maju 1819 roku w rodzinie oświeconego ziemianina o przekonaniach wyraźnie narodowowyzwoleńczych. Dzieciństwo spędził w spokojnej, nieco letargicznej atmosferze kresowego dworu w Ubielu, niedaleko Mińska. Patriotyczno-narodowy kurs, który obrał dla swojej twórczości ujawnił się już podczas studiów w Berlińskiej Singakademie, gdzie obok zgłębiania tajników kontrapunktu, harmonii i dyrygentury chóralnej, Moniuszko z pasją oddawał się pisaniu pieśni do słów polskich poetów. Na pożegnanie berlińskiej Alma Mater  kompozytor ofiarował swojemu mistrzowi Carlowi Rungenhagenowi symptomatyczny podarunek – 10 psalmów Mikołaja Gomółki. W roku 1840 po powrocie do ojczyzny osiadł w Wilnie i ożenił się z Aleksandrą Müller, u boku której przez blisko 32 lata wiódł stateczny żywot oddanego męża i ojca dziesięciorga dzieci. Wieloletni prowincjonalny organista, niezmordowany propagator życia muzycznego na Kresach pisał proste do granic naiwności utwory religijne oraz bezpretensjonalne, pełne wdzięku pieśni, które przez całe życie z typową dla siebie skrupulatnością zbierał i wydawał w  Śpiewnikach Domowych, by „kształtowały smak muzyczny narodu i przysłużyły się śpiewającym”. I pozostałby zapewne takim do końca życia, gdyby nie opanowała go idea opery narodowej. Pierwsza wileńska premiera dwuaktowej opery Halka nie przyniosła pożądanego rezonansu. Na wymarzone laury i przydomek „Ojca Polskiej Opery Narodowej” przyszło Moniuszce czekać blisko 10 lat. Gruntownie przerobiona i rozbudowana o dwa kolejne akty Halka zabrzmiała w roku 1858 na deskach Teatru Wielkiego w Warszawie, a jej euforyczne przyjęcie przyniosło radykalny przełom w życiu kresowego kompozytora. Z prowincjonalnego organisty Moniuszko awansował na stanowisko dyrektora naczelnego największej sceny operowej ówczesnej Polski, stając się niekwestionowanym dyktatorem muzycznych trendów. I choć sam kompozytor o operze wyrażał się niepochlebnie, widząc w niej „istną niedorzeczność”, paradoksalnie gatunek ten okazał się dla niego najdoskonalszym medium do wyrażenia idiomu narodowego. Kolejne 8 oper i 6 operetek obnażyło doskonały zmysł teatralny Moniuszki i uderzający w swej celności pazur satyryczny. Premiera kolejnej superprodukcji narodowej czteroaktowej opery Straszny Dwór w styczniu 1865 roku zakończyła się wielką manifestacją patriotyczną, zmuszając carską cenzurę do zdjęcia dzieła z afisza.

Obarczony nadmiarem zajęć i wątłym zdrowiem, borykający się z nieustannymi problemami finansowymi i zawiścią środowiska muzycznego, Moniuszko zmarł przedwcześnie 4 czerwca 1872 roku dożywszy zaledwie 53 roku życia. Jego pogrzeb stał się manifestacją patriotyczną, a w ostatniej drodze towarzyszyło artyście blisko 70 tysięcy osób, dając tym samym wyraz swego szacunku wobec kompozytora i misji jaką spełnił.

 

Naruszona świętość

Patriotyczna poprawność wymaga, by kochać narodowe świętości. Jednak wymóg ten nie może przysłonić faktu, że twórczość na usługach ideologii związanej z określoną epoką z trudem poddaje się współczesnej recepcji. Muzyka Moniuszki naznaczona jest piętnem rozbiorów, tęsknoty za wolnością i nostalgicznych przywołań swojskiego, polskiego zaścianka. Drugi kłopot z Moniuszką polega na tym, że całkowicie postawił on na polskość. Taki kierunek działania miał dla kompozytora siłą rzeczy dwojakie konsekwencje: z jednej strony ogromne uznanie na ojczystych ziemiach, z drugiej – niemożność wyjścia w świat. Kiedy w roku 1861 kompozytor udał się do Paryża z nadzieją na wystawienie tam którejś ze swych oper ostatecznie wizyta zakończyła się spotkaniem z polską emigracją. Paryż nie uległ czarowi idiomu narodowego w wersji Moniuszkowskiej. Moniuszko okazał się zbyt egzotyczny i chyba zanadto nieśmiały, by podbić kulturalną stolicę świata. Do tego polska egzotyka nie stanowiła już we Francji wdzięcznego tematu, po wielu latach zaborów Polska przestała być modna i postrzegano ją jako dziwną krainę o niezrozumiałych pretensjach. Odległa miłość do Chopina odeszła w niepamięć. Ale Chopin był na pół Francuzem, mieszkał w Paryżu i pisał muzykę prawdziwie uniwersalną. Miał też charyzmę i umiał porwać salony. A cóż mógł nieefektowny Moniuszko?

I tak już zostało. Dzieła ojca polskiej opery dotąd nie weszły w regularny repertuar światowych teatrów operowych i raczej już nie wejdą. Do dziś trudno wypromować Moniuszkę. Podejmowane przez polskich muzyków próby jak dotąd nie spowodowały większego upowszechnienia tej muzyki. Nawet niezmordowana Maria Fołtyn, tytułowana złośliwie „wdową po Moniuszce” – choć wystawiała Halkę na Kubie, w Meksyku, Turcji, Japonii, Brazylii czy Stanach Zjednoczonych, a nawet w Nowosybirsku, ponadto przez lata prowadziła Festiwal Moniuszkowski w Kudowie, a w Warszawie stworzyła Międzynarodowy Konkurs Moniuszkowski – w chwili słabości wyznała: „Zdaję sobie sprawę, że nie jest to kompozytor wybitny”.

 

„To, co jest narodowe nigdy podobać się nie przestanie.”

Może i Moniuszko nie był wybitny, ale jego muzyka jest porządnie napisana, nie brak jej melodyjności i wdzięku. Kojarzy się nam Polakom z uroczystymi momentami. Na dźwięk mazura ze Strasznego Dworu czy opery Halka targa nami dreszcz emocji, a niekiedy patriotyczne wręcz poruszenie. Z rozrzewnieniem reagujemy na Prząśniczkę, bez większych estetycznych zahamowań pozwalamy uwieść się opowieści o Dziadzie i Babie. Miał zatem rację Moniuszko, pisząc w przedmowie do I edycji swych słynnych Śpiewników Domowych, że  „To, co jest narodowe, co jest echem dziecinnych naszych przypomnień – nigdy podobać się nie przestanie.” Może więc warto przymknąć oko na anachroniczność kontekstów Moniuszkowskiej spuścizny i obcować z samą jej substancją? Jeżeli jest naprawdę dobra, obroni się sama.

 

Fotografia © Jan Miecznikowski. Biblioteka Narodowa.

Źródło: Culture.pl

Poleć innym