Wywiady

„Muzyka to moje okulary…” – wywiad z Agnieszką Czajkowską

Agnieszka Czajkowska występowała ze śpiewakami operowymi, brała udział w projektach muzyki jazzowej, alternatywnej, rocka, a także hip hop w różnych miejscach na świecie – w rozmowie z Anną Karahan – opowiada o swojej pracy i marzeniach.

Dodaj komentarz

Już od najmłodszych lat brała Pani udział w konkursach piosenki dziecięcej  – jak zaczęła się ta przygoda z muzyką, śpiewaniem?

Dorastałam w domu, gdzie od początku czuło się artystyczne klimaty. Mój ojciec był artystą malarzem. Nie miał  jednak tendencji zachęcania mnie do wyboru tej drogi. Zawsze powtarzał: „przez ciernie do gwiazd”. Jednakże upór odziedziczyłam po  tacie. Mając może trzy lata odkryłam właściwości akustyczne w piwnicy. Szybko zaczęłam rejestrować swoje popisy wokalne na magnetofonie. Pamiętam, że pierwszą melodią jaką zapamiętałam było „Standchen” Schuberta, potem zasłyszane gdzieś „Dmuchawce, latawce, wiatr…” Urszuli, wówczas mocno przeze mnie przerobione pod względem tekstowym. Poważna decyzja o wybraniu tej drogi pojawiła się, gdy miałam 12 lat. Od tamtej pory nie było dnia bez śpiewu. Zawsze po szkole mikrofon, wzmacniacz i magnetofon…

Czym dla Pani jest muzyka?

Muzyka to moje okulary. Postrzegam ludzi poprzez pryzmat muzyki. To jedyna rzecz, która nie słabnie od lat. Muzyka kojarzy mi się z podstawowymi żywiołami, z mocnym akcentem na ogień i wodę…To trudna droga, jednakże ilekroć pojawia się wątpliwość, silniejszą pozostaje pasja.

Jak to się stało, że trafiła Pani na lekcje śpiewu operowego?

Jako czternastolatka wiedziałam, że muszę się uczyć emisji, by odciążyć gardło i ruszyć przeponę. Sama nie potrafiłam znaleźć na to sposobu. O tym, że były to lekcje emisji operowej zadecydował przypadek, chociaż już wcześniej pewien dyrygent polskiego pochodzenia, mieszkający w Argentynie, zwrócił uwagę, że z natury brzmię stricte operowo. Dodał: „teraz musisz pamiętać, by za wiele nie pić i nie palić”. (śmiech)

Trafiłam do pani, która nie chciała uczyć piosenkarki, a materiał na śpiewaczkę. Jako piętnastolatka pobrałam swoją pierwszą lekcję… Miało to miejsce w Teatrze Polskim w Warszawie. Nauka trwała pięć lat.

Skąd wziął się pomysł na połączenie śpiewu operowego z muzyką rozrywkową?

W 2003 roku trafiłam do studia nagraniowego. Tam nagrałam swój pierwszy cover Depeche Mode. Realizator dźwięku zwrócił uwagę, że połączenie operowej barwy z mocnym brzmieniem rockowym ma sens i może powinnam o tym pomyśleć. Byłam jeszcze wtedy bardzo „klasyczna”, przesycona ariami i pieśniami, co słychać w utworze „In your room”… Nie przeszkodziło to jednak, a pomogło w dotarciu do słuchacza. Zaskoczona byłam pozytywnym odbiorem tego utworu, zarówno przez krytyków muzycznych jak publiczność.

Według jakiego „klucza” dobiera Pani repertuar do swoich występów?

Utwór muszę poczuć. Jego charakter i przekaz. Jeśli nie wierzę w to, o czym śpiewam, publiczność tym bardziej nie uwierzy. Nie dobieram repertuaru według  jakiejś zasady. To się po prostu dzieje.

Śpiewa Pani utwory różnych artystów, twórczość  którego z nich jest Pani najbliższa, kto najbardziej Panią inspiruje?

To długa lista. Nie chcę nikogo ważnego pominąć, ale… na pewno Niemen, Piaf, Demarczyk, Presley, Depeche Mode, Cohen, Cave, Aznavour, Brel…

Występowała Pani z artystami Teatru Bolszoj, zaśpiewała do filmu Sylwestra Latkowskiego „Zabić Papałę”, spotkała ze Stanem Borysem – proszę opowiedzieć nam o tych doświadczeniach.

Wojciech Siemion reżyserował wieczór poświęcony twórczości Puszkina.  Przesłuchał mnie w swoim domu. Miałam ogromną tremę. Pamiętam, że ujął moją rękę i poprosił  bym coś zanuciła. To był temat z „Jeziora łabędziego”, „Szklany Deszcz”. Powiedział:  „wiem już wszystko”… i tak wystąpiłam u boku wspaniałych artystów rosyjskich. To było wielkie przeżycie…

Sylwestra Latkowskiego poznałam w 2006 roku. Wysłałam mu nagranie i tak nawiązała się znajomość…

Największym przeżyciem było spotkanie ze Stanem Borysem. Wysłałam do niego nagranie coveru Queen. Pomyślałam, że jeśli on powie, bym dała sobie spokój  z muzyką i takimi eksperymentami, posłucham go… Stało się jednak inaczej. Jego opinia przerosła moje oczekiwania. Po jakimś czasie spotkaliśmy się . Do dziś wspominam to spotkanie jako „słoneczny wieczór”, który napełnił mnie siłą i wiarą w moje poczynania. Mistrz docenił moja inność i to dało mi pozytywnego kopa.

Występuje Pani na całym świecie, czy ma Pani swój stały zespół, który zawsze Pani towarzyszy? Jak reaguje publiczność w różnych krajach, przy jakim repertuarze najłatwiej nawiązać z nią kontakt ?

Występuję z różnymi muzykami, ale nigdy z zespołem. Raz jest to pianista, innym razem gitarzysta, a nawet tubista. Potrzebuję wolności i mam wrażenie, że stały skład trochę by mnie ograniczał…

Każdy kraj ma szczególną atmosferę. Nigdy nie jest tak samo, ale zawsze interesująco i niekiedy zaskakująco…

Czy planuje Pani wydanie swojej autorskiej płyty z własnymi piosenkami?

Nie komponuję. Są w tej dziedzinie geniusze i przeciętniaki, a ja nie  jestem genialna, więc… Wciąż czekam na szalonego kompozytora, o sercu z ogniem, który ujmie w całość to, co mi stale w duszy gra. Marzę o nagraniu płyty z muzykami z całego świata. Może udałoby się nawet dokonać tego przez internet?

O czym jeszcze Pani marzy?

Chciałabym jako staruszka, jeśli Bóg pozwoli, spojrzeć na mapę świata i wskazać jedynie nieliczne miejsca, w których  nie koncertowałam… I żeby ludziom w duszy grała przede wszystkim muzyka, a nie nienawiść. Bez względu na stopień ich muzykalności…

 

Utwory w wykonaniu Agnieszki Czajkowskiej oraz więcej informacji na temat wokalistki można znaleźć na: YouTube i FB

Fotografia © z archiwum prywatnego Agnieszki Czajkowskiej

Poleć innym