Ludzie sztuki

Trzej Muszkieterowie

Waldemar Malicki – pianista, Bernard Chmielarz – dyrygent i autor aranżacji oraz Jacek Kęcik – reżyser opowiadają Justynie Golędzinowskiej i Weronice Ukleji o swojej pracy i spektaklu „Filharmonia Dowcipu”.

Dodaj komentarz

Jak rozpoczęła się panów wspólna droga przy tworzeniu Filharmonii Dowcipu? Dlaczego zdecydowali się panowie na współpracę? Czy wiedzieliście od razu, że chcecie ze sobą pracować i była to „miłość od pierwszego wejrzenia”?

Jacek Kęcik: Tak. To uczucie rosło od mojego pierwszego spotkania z Waldemarem. Potem nastąpiło zderzenie naszych skretyniałych intelektów i zatrybiło, zaiskrzyło.

Bernard Chmielarz: Z naszych trzech intelektów zrodził się jeden – w miarę sprawny.

Waldemar Malicki: To tak jak w każdym małżeństwie. Trójkąt. Trójkąt nieco psuje mi teorię, ale gdyby był  dwójkąt… Chodzi o zasadę. Cały ten clue polega na tym, żeby się dobrać właściwie. Czyli ilość akceptowanych wad powinna być większa niż ilość akceptowanych zalet. I jeśli nie ma zjawiska dobrania się, to potem nie da się tego ułożyć. My się dobraliśmy tak, że tak samo rozumiemy to, co ma wyjść z tego, a posiadamy różne umiejętności.

JK: Spróbuję to wyjaśnić. To był dobór naturalny.

Czyli?

BC: Wszyscy wokół umarli, zostaliśmy my (śmiech).

JK: Widocznie tak chciał los i tak chciała otaczająca nas wszystkich aura, żeby te trzy umysły i trzy osobowości w pewnym momencie się spotkały. Nic nie było wykalkulowane, nic nie było wymyślone, po prostu tak się wydarzyło. Każdy z nas chodził z jakimś backgroundem artystycznym, bogatym bardzo, z jakimiś doświadczeniami międzynarodowymi. I po prostu nasze wspólne myśli, intencje w pewnym momencie się skrzyżowały w to. Zatrybiło. I nasze „małżeństwo” jak to Waldek nazywa zaczęło funkcjonować.

Kto i jakie składniki wnosi do tego „małżeństwa”? Jaki zestaw wad i zalet?

WM: Jacek wnosi intelekt, Bernard aranżacje, a ja urodę.

JK: To jest trójpolówka. We trzech po prostu na zmianę oramy pole. I to przynosi plony. Raz w jednym umyśle jest ugór, raz drugi wybucha jakimiś fantastycznymi pomysłami. Generalnie, niby jest to poukładane, bo Bernard robi aranżacje, ja piszę, a Waldemar to wszystko interpretuje, ale to się wszystko miesza. Strzelamy pomysłami nawzajem. Ja to staram się ubrać literacko, Bernard aranżuje, a Waldek wkłada swoje trzy, cztery czasami, a nawet worek złotych groszy… Wtedy nabiera to pełnego kształtu, który najczęściej okazuje się bezwartościowy, wyrzucamy go do kosza i… zaczynamy wszystko od początku.

WM: Dopiero wersja 5.2 jakoś się trzyma. Problem polega na tym, że nie istnieje inny tego typu zespół na świecie. Trudno jest przetłumaczyć intelektualną myśl na dźwięk muzyki, który by też informował o czymś. My gramy często muzykę, która informuje. Muzyk ma coś do powiedzenia, jakieś uczucie nim zawładnie lub jakaś emocja, coś go cieszy, coś lubi albo wręcz przeciwnie. Nie możemy znaleźć podobnego zespołu jak my na świecie. Ludzie grają transkrypcję. A my robimy coś jeszcze. Zaskakujemy.

JK: Tak naprawdę, po pierwsze to my sami mamy ze sobą kłopot. Z formatowaniem, nazwaniem tego co robimy. Ten sam problem mają wszyscy krytycy, dziennikarze, próbujący nas zaszufladkować. Po prostu nie ma takiej szuflady. My mówimy, że jesteśmy po prostu Filharmonią Dowcipu. Prawdopodobnie jak pomrzemy, to ktoś to zbierze do kupy i jakoś ten gatunek nazwie.

WM: W jakiej kategorii na festiwalu Fringe my powinniśmy być? Muzyka, komedia, teatr? Z kabaretem niewiele mamy wspólnego. Jesteśmy jedynymi w swoim rodzaju – na to wychodzi.

Kto wpadł na pomysł by robić muzykę na wesoło i skąd pomysł mieszania klasyki z rozrywką? Zazwyczaj rozrywka bywa spychana na dalszy plan przez profesjonalnych muzyków…

BCH: Całe życie graliśmy muzykę klasyczną i byliśmy już chyba zmęczeni tą powagą.

WM: Nawet nie muzyką jako taką, muzyka do końca życia nie męczy, ale byliśmy zmęczeni tym całym środowiskiem. Etatami, tymi dyrygentami…

JK: Ja odpowiem na to pytanie, bo ja jestem z innego środowiska. Zajmowałem się całe życie rozrywką, od czasów lat studenckich, przez prace w telewizjach, po prostu to są godziny, lata przepracowane w rozrywce. Oczywiście, byłem kilka razy w filharmonii, ale tam się też niewygodnie śpi (śmiech). Do opery z kolei straciłem zaufanie, kiedy na scenę wyszła pani w wieku średnio 50 lat, waga 160 kg i zaśpiewała „Jestem młoda, mam 16 lat…”. Trudno mi było w to uwierzyć i się z tym pogodzić. Potem poznałem kolegów, którzy mają gigantyczne poczucie humoru, duży dystans do siebie, ogromne umiejętności i mieli szczerą ochotę zburzyć mur dzielący normalnych ludzi od muzyki klasycznej. Zdecydowałem się nakłonić kolegów do współpracy, a że nie trzeba było ich specjalnie namawiać… Przydatne okazało się moje doświadczenie pracy w reklamie. Podczas któregoś badania rynku wyszło na to, że muzyka klasyczna jest bardzo chętnie używana i podkładana do reklam, ponieważ wszyscy odbiorcy mają te muzykę gdzieś w genach. Nie wiedzą skąd znają ten motyw, nie mają pojęcia czy to jest Beethoven czy Grieg, ale po prostu mają to w środku i geny to z pokolenia na pokolenie przeniosły. Podzieliłem się tymi myślami z panami, których poznałem, najpierw z Waldkiem, potem z Benkiem no i bingo. Koledzy myśleli podobnie, postanowiliśmy wspólnie ten mur rozwalić. Jak to robili, to już oni opowiedzą…

WM: Bernard głową.

BC: Waldek brzuchem.

WM: A na poważnie… Jeśli o mnie chodzi – ja po prostu zawsze tak chciałem. Pałętałem się po klasycznej muzyce przez jakiś czas, nagrałem nawet jakieś ponad 40 płyt, grałem z tymi wszystkimi kameralistami, orkiestrami w Polsce. Mnóstwo. Muzykę od barokowej po współczesną. I ciągle miałem wrażenie, że jakaś jest szyba pomiędzy mną a odbiorcą, że odbiorca nie wie ile ja potrafię, a ja mu tego nie mogę pokazać grając koncert Beethovena. Nie mówię, żeby od razu robić skecz z muzyki, ale dlatego jak tylko mogłem tego nie robić to z przyjemnością przestałem.

BC: A ja dla odmiany dwadzieścia parę lat przepracowałem jako muzyk i instrumentalista w orkiestrze Filharmonii Narodowej w Warszawie i właściwie wszystko co mogłem zawodowo osiągnąć – osiągnąłem, a do emerytury zostało jeszcze 20 lat. Trochę przerażała mnie ta perspektywa i stąd jak w głęboką wodę wskoczyłem, żeby zobaczyć czy jeszcze coś ciekawego może się przydarzyć.

Jak wygląda proces twórczy Filharmonii Dowcipu? Każdy z panów pracuje osobno czy jest to burza mózgów?

WM: Dobre pytanie. Chyba tak, najpierw pracujemy razem, potem osobno, potem znowu razem, potem znowu osobno. Potem ktoś jedzie i dzwoni, bo ma syndrom twórczości „traficowej”, czyli jedzie samochodem i dzwoni do drugiego. I o trzeciej w nocy też ktoś kogoś budzi, bo coś wymyślił, a ten drugi mówi mu, że to i tak jest do dupy.

JK: Najpierw są to ludzie. Czyli zaczynamy od kompletowania obsady. Jak już mamy ludzi i ich umiejętności, wiemy co potrafią, jacy są. Wiadomo, jak się głębiej pozna aktora, takiego jak Anitka czy jak Marcin, bo jak się ma te materię, do pracy, zaczyna się myśleć o ich możliwościach, umiejętnościach, tworzyć najczęściej jakieś oszalałe sytuacje. Części kontrapunktowe. Gdyby nie to, że w zespole pojawiła się Marta, a wcześniej była Anita, to nie powstałby skecz pt. „Titanic” polegający na zamianie ról. No bo po prostu jeden talent goni drugi. Czyli to się wszystko bierze z głowy, ale potem z ludzi z którymi się obracamy, z którymi żyjemy, i których angażujemy.

Tak to wygląda. Oczywiście, spotykamy się tez raz na jakichś czas, w dworku w Radziejowicach, spotkania się odbywają 3 razy w roku, rozdajemy sobie lekcje, jakie chcielibyśmy zrobić, żarty, historie muzyczne, Waldek się dzieli pomysłami, Benek się dzieli pomysłami, ja się dzielę pomysłami, spędzamy tam trzy dni, potem następna sesja, następne trzy dni po miesiącu.

WM: Mamy tam wielki pokój z fortepianem, ćwiczymy, łomoczemy, próbujemy. Gramy, potem się rozjeżdżamy i każdy z nas zaczyna pracować samodzielnie.

JK: Benek robi aranżacje, ja muszę się zmagać z zasadą skeczu, obrobić to literacko. Potem Waldek mi to wszystko wyrzuca do kosza, wrzuci słowo złe albo jedno genialne albo wymyśli jakiś kapitalny zwrot akcji. Czyli najpierw idee krążące w głowie, a potem ludzie. Z nich czerpiemy materię. Jak się ma taką postać jak Anita, która ma fantastyczny głos, świetnie śpiewa i można ją poprowadzić w każdą stronę, bo jest plastyczna, mądra, inteligentna i bystra, no to po prostu żal z takiej materii nie skorzystać. Jak się ma takich muzyków, jakich mamy w tej chwili to trudno nie skorzystać z ich talentu. Trudno nie zbudować kontrapunktu, jak mamy piękny rząd skrzypaczek i jednego łysego koncertmistrza, przecież to aż się prosi o komentarz. Oczywiście, nie każdy na to wpadnie. Ale my na takie pomysły wpadamy.

WM: Normalny człowiek na taki pomysł nie wpadnie. Trzeba mieć defekt.

Tak to wygląda. Wszyscy zwracają uwagę głównie na dziewczyny.

WM: Niektórzy nie łapią tego naszego żartu z seksizmu, a my sobie z niego żartujemy. Jeden krytyk tego nie złapał, ale my po prostu szczerze drwimy też z seksizmu jako takiego, bo nie jesteśmy seksistami.

JK: Przecież prezentujemy umiejętności wszystkich dziewczyn. Nasze dziewczyny mają same dystans do siebie i z  żartów quasi-seksistowskich śmieją razem z nami. Czyli proces twórczy, sumując. Jeden skecz, doprowadzenie jednej sytuacji od tego kiedy już zawiruje w powietrzu do kształtu, który widzicie na scenie trwa rok-dwa lata.

Kto ma ostateczne zdanie?

JK: Publiczność. Generalnie decyzję o tym, z czym wchodzimy na scenę  podejmuję ja. Koledzy się czasami z tym zgadzają, czasami nie. Potem następuje moment weryfikacji przez publiczność. A publiczność mamy zdefiniowaną. To jest średnia i wyższa klasa, inteligencja, młodzież także. Wierzymy tej publiczności i dostajemy po prostu prawy sierpowy jak coś nie wychodzi – wiemy to od razu i szukamy rozwiązań. Pomyliliśmy się setki razy.

Jakieś przykładowe pomyłki?

JK: Ja wszystko co złe wyrzucam z pamięci, żeby ją czyścić.

WM: Ale to jest, leży w nutach. Jak pomrzemy to ktoś będzie miał używanie.

JK: Mnóstwo rzeczy się nie udało, mnóstwo rzeczy nie wyszło, wiele rzeczy które wydawały się niemożliwe żeby wyszły nagle eksplodowały. Baliśmy się takich rzeczy jak połączenie opery z ostrym brutalnym, hardkorowytm rapem. Marta eksplodowała, wiele rzeczy eksplodowało. Próbowaliśmy też zrobić parafrazę filmu „Kabaret”  krytykę  rodzących się nastrojów faszystowskich. Nie udało się nie wyszło, z tysiąca osób rozumiały to trzy. Nieświadomie wpieprzyliśmy się z niszę, z której chcieliśmy sięyrwać. Przykładów jest bardzo dużo, rzeczy które po prostu wyrzucamy. Wyrzucamy, skracamy, szukamy rozwiązań. Waldemar zmienia teksty, szuka takich, które łapią najlepszy kontakt, jak już to wszystko się w miarę ułoży, to potem wchodzimy z dźwiękiem i ze światłem. Bo światło tez pełni rolę dramaturgiczna. Dobre światło jest piekielnie ważne. Raz musi być skupione, raz punktowe, raz musi podkreślić, raz zgubić. To jest proces, który trwa średnio od roku do dwóch.

WM: I ląduje w koszu.

JK: Tutaj przyjechaliśmy przecież z gotowym programem, który się muzycznie teoretycznie nie zmienił, ale który jest porządnie skrócony, pozmieniane teksty, powyrzucane, niektóre powkładane, niektóre poskracane.

WM: A to jest mniej więcej jedna piąta naszego repertuaru.

WM: Nasz normalny koncert w Polsce trwa dwie i pół godziny.

Skąd bierzecie tych fantastycznych muzyków, ludzi z którymi się Wam tak świetnie pracuje?

WM: Zrobiliśmy casting. Zgłosiło się ponad 300 osób. Z nich wybraliśmy grupę, którą przesłuchaliśmy i wybraliśmy tych, którzy nam odpowiadają. Około 40 osób przeszło fazę przesłuchań, spośród nich kilkoro zostało.

JK: To dziewięć młodych osób, połowa zespołu. Chcieliśmy mieć taki powiew świeżego, młodego powietrza i można powiedzieć z czystym sumieniem, że ta młodzież, która jest z nami w tej chwili, to są najlepsi ludzie w Polsce.

To jest pierwszy pobyt Filharmonii Dowcipu na Fringe’u. Jak się czujecie odbierani przez edynburską publiczność?

WM: To jest też pierwszy raz Filharmonii Dowcipu za granicą! I od razu występujemy na takim dziwnym festiwalu. Fringe jest najdziwniejszym festiwalem na jakim w życiu byłem. Również z powodu rozmiaru, który troszeczkę jest chyba już przesadą. Ta poda,ż która jest tak ogromna, przekracza granice ludzkiego poznania. Dziś spotkałem kogoś kto był na sześciu przedstawieniach!

JK: Fantastycznie, że takie miejsce jak Fringe istnieje, tylko… Robiłem kilkanaście festiwali artystycznych, oczywiście nie tak wielkich jak Fringe, ale wydaje mi się że tutaj po prostu powinna być jakaś selekcja. Coś, co powodowałoby że Fringe będzie ważny. A on przez mnogość tych przedstawień, jednych lepszych, drugich gorszych, trzecich – okropnych, powoduje po prostu mętlik w głowach widzów. Sam mam mętlik w głowie. Jak my się mamy w tym odnajdować? Po prostu przebijamy się. Normalnie do nas przychodzi kilka tysięcy ludzi, wiadomo, że tu tyle nie przyjdzie. Ale jak za każdym razem przychodzi sto, sto pięćdziesiąt osób, to jest fantastyczne, że docieramy po angielsku z naszą twórczością, nieznaną zupełnie. Przecież nikt nas nie zna! Byliśmy świadomi, że dla widzów tutaj jesteśmy tabula rasa.

Stawiają Państwo na publiczność polską czy zagraniczną?

WM: Chcielibyśmy oczywiście zdobyć świat w dziedzinie, w której żadnemu innemu polskiemu produktowi się nie udało. Oprócz Wioletty Villas, która w latach 60-tych występowała w Las Vegas.

JK: Chcemy zdobyć świat. I liczymy na to, że Polonia, która jest na świecie, będzie z nas dumna i będzie chciała nas oglądać. Nie chcemy nieść w świat żadnej myśli martyrologicznej, powstańczej, nie chcemy wisieć na krzyżu. Chcemy tylko bawić cały świat, który będzie dla nas dostępny. I chcemy, żeby Polacy, którzy są na świecie, czasami zdołowani, czasami zmęczeni, byli z nas dumni i mogli się nami chwalić i ciągnąć na nasze spektakle – tak jak robią to tutaj – swoich szkockich, angielskich, amerykańskich, francuskich kolegów.

WM: Dlatego występujemy po angielsku, a także w wielu innych językach. Polaków zapraszamy serdecznie, żeby się z nas śmiali, jednak chcemy żeby byli to nie tylko Polacy.

Czym się różni odbiór publiczności zagranicznej od polskiej?

Zgodnie: Niczym! Nie ma żadnej różnicy.

A poczucie humoru? Nic nie umknęło w translacji?

JK: Nie, reakcje są te same. Dokładnie w tych samych miejscach ludzie reagują, dokładnie w tych samych miejscach wybucha entuzjazm co w Polsce. Dziki szał jest dokładnie w tym samym momencie.

Mamy globalne poczucie humoru? Czyżbyście odkryli receptę na dowcip uniwersalny?

JK: To jest niewykluczone.

WM: Miesiąc temu mieliśmy prezentację dla Chińczyków, dla dużej grupy fachowców, organizatorów festiwalu, która skończyła się stojącą owacją publiczności. A przestrzegali nas, że będzie zero reakcji.

JK: Waldek, ale my może naprawdę coś odkryliśmy? Jakiś kod międzynarodowy…?

Muzyka i poczucie humoru to przecież połączenie idealne.

JK: Siedząc i pisząc tekst o tym, że Benek był na nartach w Amsterdamie, no właśnie…  Śmiejecie się. Skontrastowanie Benka z jednoznacznie kojarzącym się kodem amsterdamskim i z jazdą na nartach… Nie myślałem o tym, że jest to międzynarodowe, ale jest.

WM: W Polsce musimy czasami uważać, bo nie możemy użyć tego, co śmieszyło ludzi przed dwudziestu pięciu laty, bo była inna epoka, inny ustrój. To się zmieniło. Nie można wrócić do tego, co kiedyś było śmieszne, bo dziś nikt nic z tego nie rozumie.

JK: Dość szybko, gładko przeszliśmy intelektualnie z komuny do kapitalizmu. Może dlatego, że oczytani jesteśmy… (śmiech)

WM: Chcemy się oderwać i zapomnieć o przeszłości. Jesteśmy nowocześni.

Występy na Fringe’u potwierdzają, że chcecie dalej próbować z publicznością międzynarodową?

JK: Nie próbować, tylko iść.

WM: Będziemy kontrowersyjni, jestem przekonany o tym. Ale tylko dzięki temu, że będziemy kontrowersyjni będziemy mogli iść naprzód. Bo jeśli nie będziemy kontrowersyjni, to każdy będzie mógł zrobić to samo. Co za problem w Szkocji czy w Anglii zbudować orkiestrę i wykonywać ładne melodie? Żaden. Trudno jest tylko znaleźć te elementy zaskoczenia, te wszystkie złośliwości, te nasze zabawy… Wydaje mi się, że publiczność na Fringe’u jest trudniejsza niż by była poza festiwalem. Bardziej wymagająca. Tu ludzie celowo przyjeżdżają, nie są to osoby przypadkowe. Istnieje też większa konkurencyjność.

JK: Początkowo wpadaliśmy w lekkie stany depresyjne, bo w tym samym miejscu odbywa się kilka spektakli równocześnie. Któregoś dnia przysiedliśmy i zaczęliśmy obserwować ludzi, którzy wchodzą. I nie wiem jakby to nie zabrzmiało absurdalnie, ale my tutaj mamy największą widownię.

WM: Dziś spotkałem człowieka, który był zaskoczony naszym przedstawieniem, tym że u nas nie ma ściemy, wszystko jest dopracowane. Mamy prawdziwą orkiestrę, prawdziwe instrumenty i każdy z nich jest zaprezentowany. Stawiamy na prawdziwy produkt, bez oszczędności.

Jakie są Państwa najbliższe muzyczne plany?

JK: Liczymy, że będzie przybywać nam publiczności, jednocześnie pracujemy z Waldkiem i z Benkiem nad programami jesiennymi i zimowymi – telewizyjnymi. Chcemy wrócić do Polski i czekać na rozwój wydarzeń zagranicznych. Chcielibyśmy w przyszłym roku zrobić trasę po Wielkiej Brytanii, po to zbieramy tu recenzje i opinie. Może uda się też w innych krajach. Będziemy mieli również koncerty w Chinach. Myślimy, że dzięki temu festiwalowi mamy rodzaj legitymizacji, że nie jesteśmy już tylko wspierani przez polskość. No i dużo kosztownej – cennej  wiedzy.

Wróćmy do tematu Waszej kontrowersyjności. Jesteście tutaj oceniani m.in. właśnie jako kontrowersyjni, gdzie wyznaczacie sobie granicę, żeby uniknąć kiczu, przerysowania, by po prostu nie przesadzić?

JK: Pytanie, co jest kiczem…

WM: Kicz to prawie to samo co sztuka. Różnica kryje się w materiale, z którego się tworzy dzieło. Coś z drewna może być sztuką, to samo z plastiku – kiczem.

JK: Dla mnie kiczem jest wszystko, co jest wprost i co jest banalne. Jeżeli coś nie ma drugiego dna, to jest kiczem, po prostu.

Czyli Waszym sposobem na unikanie takich sytuacji jest zawsze zmuszanie publiczności do myślenia, do odnajdywania drugiego dna? Jeden recenzent napisał – „muzyczni snobi, bądźcie czujni, unikajcie tego przedstawienia!”.

WM: Ale snobi właśnie. Inny recenzent, prawdopodobnie muzyczny snob się na parę rzeczy poobrażał, no bo my jesteśmy niemoralni! Nie czujemy jakichś zasad, które by nas zmuszały by traktować muzykę Puccinego z jakimś nabożeństwem. Uważamy, że Puccini i tak się sam obroni, nic mu nie zaszkodzi. Jak ktoś naprawdę kocha jego muzykę, to tylko się uśmiechnie, a nie musi się bać o siebie i o swój własny gust, ponieważ ma już wyrobiony. Osoby o wyrobionych gustach zapraszamy serdecznie, a snobów wolelibyśmy unikać.

JK:  A drugie dno, poza podstawowym  literackim, jest takie, że przychodzą ludzie – w Polsce czy nawet tutaj – którzy nie mieli nigdy nic wspólnego z muzyką klasyczną. I wychodzą po prostu zakochani. Wiadomo, że jak pójdą do filharmonii, to się potem zastrzelą. Wychodzą zakochani w tym innym rodzaju brzmienia, czymś innym niż to, co ich na okrągło otacza, w radiu, w telewizji, gdziekolwiek. Dociera do nich przekaz, że inne światy istnieją. Chcemy po prostu łatwą, prostą drogą popową wejść do ich duszy i ich ucieszyć. Żeby był fun, żeby było fajnie. Afirmacja życia.

 

Fotografia © Pangea Magazine

Poleć innym