Styl życia

Znacie to uczucie?

Spędzanie czasu w kuchni to dla niektórych przykry obowiązek, który najchętniej zrzuciliby na kogoś innego. Dla mnie gotowanie zawsze było zajęciem odprężającym i prawdziwie magicznym.

Dodaj komentarz

 

Znacie to uczucie, kiedy nie możecie dotknąć swojej ulubionej deski, powąchać ulubionej przyprawy czy przejechać palcem po chropowatej powierzchni swojej ulubionej, żeliwnej patelni? Nie spodziewałam się, że miesiąc bez dostępu do swoich kuchennych rzeczy odciśnie tak duże piętno na mojej duszy. Jednemu nie mogę zaprzeczyć – to prawdziwa nauka pokory, radzenia sobie w ekstremalnych warunkach i powrotu do korzeni.

Czynność pozbywania się swoich osobistych skarbów w imię wyższych celów zawsze była mi obca. Kupuję rzeczy po pierwsze ładne (wtedy mam pewność że nie przestaną mi się podobać), rzeczy użyteczne (wiem że będę je używała dopóki się nie zniszczą) oraz wbrew powszechnie powtarzanej teorii, że mniej znaczy więcej, w moim odczuciu gadżetów kuchennych nigdy nie jest za wiele. Co więcej nikt mi przecież nie każe kupować całego zestawu naczyń, skoro wystarczą mi dwa talerze, a Gościom wcale nie przeszkadza, że prawie każdy je zupę w innej misce. Kolejne przeprowadzki również miały swój udział w kształtowaniu ostatecznej zawartości kuchennych szafek. Pewnie dlatego każdy swój kuchenny skarb darzę dokładnie tym samym uczuciem i każdy z nich spełnia w mojej kuchni swoją funkcję. Bez nich gotowanie oczywiście byłoby możliwe, ale na pewno nie byłoby aż tak przyjemne.

Spędzanie czasu w kuchni to dla niektórych przykry obowiązek, który najchętniej zrzuciliby na kogoś innego. Dla mnie gotowanie zawsze było zajęciem odprężającym i prawdziwie magicznym. Podążanie za głosem serca i łączenie prostych składników przynosi niesamowite efekty. Każdy z nas wyniósł z domu pewne przyzwyczajenia kulinarne, rodzinne aromaty i smaki swojego dzieciństwa. Ja swoje zabieram zawsze ze sobą, nieważne gdzie mieszkam, nieważne jak daleko wyjeżdżam. Nie zamykam się na nowe doznania kulinarne, ale zdecydowanie wolę prostotę i skupianie się na ulubionych połączeniach. Dzięki wyobraźni kulinarnej, którą odkryła i rozwinęła we mnie moja Mama, mogłam cieszyć się swoją ulubioną kuchnią polską podczas mieszkania w Anglii czy teraz, kiedy opuściłam Polskę ma rzecz Szwajcarii. Fasola przecież wszędzie smakuje podobnie, dobra polską jałowcową można zastąpić kiełbasą od lokalnego rzeźnika, a przecier pomidorowy można zrobić samemu zgodnie ze swoimi upodobaniami. Moje ulubione potrawy są zawsze tam, gdzie jest moje serce, a te zabieram ze sobą za każdym razem gdy wyjeżdżam z mojego rodzinnego kraju. To ono podpowiada mi, że jem by żyć, a nie żyję by jeść. To ono każe mi czytać etykiety i jeść sezonowo. To ono nie pozwala mi zapomnieć smaku i aromatu moich ulubionych polskich potraw. To ono przypomniało mi, że bardzo lubię fasolkę po bretońsku zrobioną na sposób mojej Mamy, ale z moimi małymi zmianami. Wyszła dokładnie taka, jak lubię i zniknęła z talerza zanim zdążyłam pomyśleć jakie to pyszne.

 

FASOLKA PO BRETOŃSKU (ODCHUDZONA)

800g fasoli Piękny Jaś
2 łyżki suszonego majeranku
1 łyżeczka sody
600g pieczonej, chudej kiełbasy wiejskiej
2 łyżki oleju lub oliwy
2 cebule (lub 4 szalotki)
4 duże ząbki czosnku
1 karton (400ml) pomidorowej passaty
100g pasty z suszonych pomidorów (lub dobrego koncentratu pomidorowego)
2-3 łyżeczki łagodnej wędzonej papryki w proszku (lub zwykłej słodkiej)
2 łyżeczki ostrej wędzonej papryki w proszku (lub zwykłej ostrej)
ciepła, przegotowana woda
1 łyżka octu balsamicznego (opcjonalnie)
wędzona sól (lub zwykła)
szczypta brązowego cukru (naprawdę polecam) lub 1 łyżeczka syropu/nektaru z agawy
szczypta suszonego tymianku

Fasolę zalewamy dużą ilością wody (3-4 razy więcej niż objętość fasoli), dodajemy łyżeczkę sody, 2 łyżki majeranku i gotujemy do miękkości (soda skraca czas gotowania).

Nie dodajemy soli (fasola popęka) i zostawiamy ją w wodzie, w której się gotowała, aż całkowicie ostygnie. Wtedy ją odcedzamy (wody z gotowania nie zachowujemy).
Cebulę i czosnek obieramy i drobno siekamy.
Kiełbasę kroimy w półplasterki.
Na patelni rozgrzewamy olej (oliwę) i dodajemy kiełbasę (użyłam oliwy, go kupiłam chudą, pieczoną kiełbasę). Smażymy aż się zrumieni i dodajemy do garnka z fasolą.
Na tym samym tłuszczu podsmażamy czosnek i cebulę oraz pastę z suszonych pomidorów i również dodajemy do garnka.

Dodajemy passatę i tyle wody, aby fasolka nie była gęsta (nie może również być zupą).

Dodajemy sól, obie papryki w proszku, ocet (jeśli używamy) i (koniecznie) szczyptę cukru.
Doprawiamy majerankiem i szczyptą suszonego tymianku.

Smacznego!

 

Fotografia © Ewelina Majdak – Around The Kitchen Table

Poleć innym